KĘS LIZBONY, ŁYK PORTO – czym zaskakuje Portugalia?


Portugalia jest jak słodki drink – oczywiście na bazie wina. Najpierw zachwyca kolorami, a gdy stopniowo odkrywasz jej smaki, orzeźwia jak bryza znad oceanu i przyjemnie uderza do głowy.

Portugalia była na mojej podróżniczej liście już od dawna, ale z różnych powodów wyprawę na zachodni kraniec Europy odkładałam w czasie. Tym bardziej cieszę się, że ostatni tydzień maja spędziłam w romantycznej stolicy i klimatycznym Porto.

BOM DIA, LISBOA!

Zacznę od Lizbony, bo też tu wylądował mój samolot z Katowic. Mimo ulicznego gwaru, w mieście panuje luz i chillowa atmosfera – nikt tu nie wbiega po ruchomych schodach, kierowcy ustępują pieszym, mimo że ci przechodzą przez ulicę na czerwonym (policjantom nie spieszy się do wyjścia z radiowozu, by wlepić mandat). Muszę przyznać, że na ulicach mijałam wielu funkcjonariuszy wyglądających jak Josѐ Fidalgo – niektórzy śmigali na kolarzówkach w obcisłych getrach!

Portugalczycy zdecydowanie różnią się od Hiszpanów i Włochów – nie są tak temperamentni i głośni, a ich język ciała nie przeszkadza w rozmowie. W mieście jest mnóstwo emigrantów, więc po samym wyglądzie ludzi na ulicach nie zgadłabym gdzie jestem. Portugalczycy są niezwykle pomocni i pogodni, mają w sobie taki wewnętrzny spokój, który szybko się udziela.

Śniadania lubią jeść słodkie, a prawdą jest, że na każdym rogu jest cukiernia (pastelaria) z wystawą babeczek i ciasteczek tak smakowitych, że na sam widok cieknie ślinka. Oczywiście najsłynniejsze z nich to Pastѐis de Nata – budyniowe mini tarty zapiekane w cieście francuskim. Warto postać po nie chwilę w kolejce do kultowej cukierni Pastѐis de Belem, która z zewnątrz wygląda na niewielką, za to w środku kryje pokaźną przestrzeń z mnóstwem stolików. Według mnie ciasteczka najlepiej smakują na wynos, zjedzone na pobliskim murku lub nad brzegiem Atlantyku.

O, AZULEJOS!

Jeśli kochasz robić zdjęcia, w Lizbonie na każdym kroku znajdziesz miejsca warte uwiecznienia. Najwięcej uroku miastu dodają wielobarwne fasady kamienic pokryte Azulejos, czyli kwadratowymi płytkami ułożonymi w mozaikę – najczęściej w kolorze niebieskim – charakterystycznym dla Portugalii. Płytki pełnią funkcję ozdobną (trudno oderwać wzrok od błękitnych ornamentów), ale też praktyczną –  chronią budynki przed deszczem i upałem.

Za 5 euro można wpaść do Muzeum Azulejos w dawnym Klasztorze Madre Deus i obejrzeć bogatą kolekcję kafli z różnych okresów historycznych. Największe wrażenie zrobiły na mnie płytki z czasów współczesnych – abstrakcyjne, minimalistyczne wzory w mocnych kolorach.

W urokliwych, wąskich uliczkach Lizbony łatwo natknąć się też na niebanalne murale i barwne drzwi ze zdobionymi kołatkami. Mój telefon pełen jest zdjęć tak kolorowych, że nie kupowałam już żadnej pamiątkowej pocztówki. W Lizbonie panuje uroczy chaos architektoniczny, przez co zwykły spacer ulicami miasta jest inspirującą rozrywką, ale też dobrym treningiem dla łydek. Liczne wzniesienia i strome podejścia są łaskawe tylko dla posiadaczy wygodnych butów.

WARTO ZOBACZYĆ 

TARG ZŁODZIEI w dzielnicy Alfama

W każdy wtorek i sobotę odbywa się tu duże targowisko staroci, ale też nowych przedmiotów idealnych na pamiątkę z podróży lub oryginalny prezent – w cenach niższych niż sklepowe. Wątpliwość wzbudzają jedynie uszczerbione kafle azulejos, których pochodzenia można się jedynie domyślać – wyglądają jak zdrapane prosto z zabytkowej kamienicy. Stragany uginają się pod ciężarem ceramiki, biżuterii, pamiątkowych gadżetów, książek, ubrań i przeróżnych perełek, które znajdą ci najbardziej zawzięci i cierpliwi.

LX FACTORY w dzielnicy Alcantara

To miejsce od razu skojarzyło mi się z Berlinem. Jest tu nowocześnie, industrialnie i hipstersko. Na wejściu w bramie wita nas neon LX Factory. Ten nowoczesny kompleks kawiarni, restauracji i sklepów mieści się na terenie upadłej fabryki tekstyliów. Każde wnętrze jest tutaj zaaranżowane w innym stylu, z pomysłem i smakiem. Na dachu jednej restauracji znajduje się piękny taras z widokiem na dwupoziomowy Most 25 kwietnia, czyli lizboński odpowiednik Golden Gate.

Do tych dwóch miejsc zabierze Was zabytkowy żółty tramwaj nr 28, mknący z precyzją zabawkowej kolejki elektrycznej.

PORTO

W Porto czułam się trochę jak we Wrocławiu – ze względu na dużą liczbę mostów. Nad rzeką Duero życie turystyczne tętni – w przybrzeżnych knajpkach trudno znaleźć wolny stolik. Słychać za to donośną muzykę ulicznych grajków i hałas przelatujących co chwilę samolotów.

Dobrym pomysłem na eksplorowanie miasta jest przejście własnym szlakiem punktów widokowych, których w Porto nie brakuje. Panorama miasta z mostu Ponte Dom Luis I czy z tarasu ekskluzywnego hotelu The Yeatman robi naprawdę duże wrażenie!

WARTO ZOBACZYĆ 

SPACER WYBRZEŻEM

Portugalia to europejski raj dla surferów ze względu na świetną aurę i dobre fale. Spacer wybrzeżem – szczególnie tuż przed sezonem, gdy widać więcej plaży niż turystów, zaliczam do wyjątkowo udanych. Najlepiej rozpocząć wędrówkę na Praça da Liberdade – wysiąść na ostatnim przystanku tramwajowym i podążać brzegiem oceanu w kierunku Matosinhos. Stamtąd już łatwo dostać się metrem z powrotem do centrum.

WINIARNIE 

Nie przepadam za słodkim winem, ale być w Porto i nie spróbować lokalnego rarytasu, to jak nie być w Porto wcale! Nad brzegiem rzeki znajdują się liczne winiarnie uznanych producentów: Sandeman, Graham, Cruz, Offley. Większość z nich oferuje krótką wycieczkę po winiarni wraz z degustacją kilku odmian wina: ruby, tawny i vintage. Choć wino, którego próbowałam w winiarni Augusto’s było znacznie lepsze niż sklepowe Porto (tak często pite na studiach), to jednak moim ulubionym letnim trunkiem pozostaje białe wino wytrawne (koniecznie schłodzone!)

Już teraz wiem czemu butelki czerwonego wina powinnam przechowywać w pozycji leżącej – korek zamoczony w winie zapobiega oksydacji i przedłuża jego trwałość.

MAGICZNE KSIĘGARNIE 

Uwielbiam zagraniczne księgarnie, w których sprawdzam obcojęzyczne wydania znanych powieści i listę lokalnych bestsellerów. Otoczenie dużej ilości książek, z których każda kusi swoją treścią działa na mnie jak balsam dla duszy.

W Portugalii znajdują się dwie wyjątkowe księgarnie: Ler Devagar w Lizbonie i Livraria Lello w Porto. Wejście do tej pierwszej jest darmowe, a jej wnętrze zachwyca regałami aż po sam sufit i podwieszonymi pod nim białymi rowerami.

Wstęp do księgarni w Porto kosztuje 5 euro, które zostaną odliczone od kupionej książki. Ponoć to właśnie tutaj J.K. Rowling stworzyła wizję Hogwartu. Księgarnia działa już 112 lat, a jej wnętrze jest równie pełne książek, co turystów, co znacznie obniża komfort zwiedzania.

PORTUGALSKIE SMAKI – GDZIE ZJEŚĆ?

Myślałam, że w Portugalii najem się krewetek na 100 sposobów, a tu się okazało, że lokalsi zajadają się sandwichami z pokaźnym plastrem steka i szynki oraz wariacją na temat hot-doga, czyli ostrą kiełbaską zapieczoną w chrupiącym pieczywie z dodatkiem sera. Co ciekawe, hot dogi te krojone są na małe kawałeczki i serwowane na talerzu z frytkami. Najlepiej smakują jedzone palcami i popijane zimnym piwkiem Sagres lub Super Bock.

Do polecenia mam dla Was 4 miejscówki-pewniaki wychwalane przez samych Portugalczyków, a nie przewodniki. Tu zjecie i tanio, i pysznie.

Lizbona

Te dwa miejsca znajdują się na terenie LX Factory przy Rua Rodrigues de Faria 103.

Na obiad: A Praça

Stylowe wnętrze z designerskimi lampami i ciekawym menu. Polecam burgera tandoori z wiaderkiem ziemniaczanych chipsów (10 euro). Elegancko podane, szybko zjedzone.

Na deser: Landeau Chocolate

Urokliwa cukiernia urządzona z gustem, która chwali się „najlepszym ciastem czekoladowym na świecie”. Ciacho wygląda bardzo niepozornie – ot, czekoladowy trójkącik posypany kakao, bez zbędnych dodatków na talerzyku. Ale smakuje obłędnie. Warto zgrzeszyć! (ok. 3,5 euro za porcję)

Porto

Na lunch: Gazela Snack Bar, Travessa Cimo de Vila 4.

Lokalne hot-dogi z frytkami. Lokal jest mały i niepozorny – miejsca zajmuje się przy wysokim barze, za którym na Waszych oczach siekają steki, smażą frytki i kroją hot-dogi. Najeść się można już za 5 euro.

Na obiad: A Tua Prima, Av. do Brasil 843.

Portugalskie kanapki (od 4 euro) w zestawie z napojem i frytkami. Skusiłam się na kanapkę Batalha i lampkę białego wina Alandra. No, pycha! Do tego super obsługa – kelner nie tylko wyciągnął butelkę wina spod lady mówiąc otwarcie, że to jedna z tańszych i smaczniejszych opcji z marketu, ale jeszcze rozrysował nam na mapce miejsca spoza utartych turystycznych ścieżek.

Z dwóch największych miast Portugalii zapamiętam smak budyniowego kremu, świeżą bryzę i całą paletę kolorów. Jeśli macie ochotę poczuć wiatr we włosach, dzień zaczynać od mlecznej kawy galão i kończyć lampką wina, a przede wszystkim trochę zwolnić tempo – rezerwujcie bilety, Portugalia radośnie wita nowych gości.

 

Za wspólny wyjazd dziękuję towarzyszce podróży Ani, która wymyśliła najlepszy sposób na zwiedzanie Lizbony – jechać w ciemno przed siebie i po prostu się zgubić. :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: