Czego nauczyła mnie praca w lotnictwie?


Chciałabym napisać, że po kilku latach pracy na pokładzie samolotu, jestem anielsko cierpliwa i bardzo wyrozumiała. Niestety. Ale za to praca z ludźmi, która jest nie lada wyzwaniem, pozwoliła mi opanować sztukę przetrwania w czasie licznych turbulencji. I nie mam tu na myśli burzliwej pogody.

Dziś dzielę się z Wami kilkoma lekcjami, jakie wyniosłam z pracy na wysokościach. 😉

OCZY SZEROKO OTWARTE, czyli jak widzieć więcej

Diabeł od zawsze tkwi w szczegółach. A skoro w lotnictwie najważniejsze jest bezpieczeństwo, już po krótkim czasie pracy na pokładzie, wyostrza się zmysł obserwacji. Rzut oka na okładkę paszportu i już wiesz jakiej narodowości witasz pasażera. Bacznie patrzysz na bagaże podróżnych: czy nie wnoszą ich za dużo albo dziwnej wielkości, czy w torbach z duty free nie brzęczą butelki z alkoholem, które pewnie zostaną opróżnione jeszcze przed startem. Obserwujesz twarze (zmęczone, zaspane, blade, podejrzanie uśmiechnięte), z których można czytać jak z książki. To właśnie w progu samolotu odbywa się ostateczne door selection. Kto nie jest fit to fly – zostaje na ziemi.

Kabinę samolotu w czasie lotu sprawdza się średnio co 10 minut: ktoś może potrzebować szybkiej pomocy. Siedzenia załogi nie bez powodu są skierowane do środka kabiny – czujna obserwacja to jeden z obowiązków załogi, który mimowolnie przenosi się do życia poza pracą.

CISZA i SEN, czyli jak ładować baterie

Gdy członek załogi spędza noc w hotelu, zapewnia mu się komfortowe warunki do odpoczynku: zwykle jednoosobowy pokój z wygodnym łóżkiem, możliwością regulacji temperatury i oświetlenia. Zabawne, że u siebie w domu nie zawsze tak łatwo o siebie zadbać. Doba zawsze wydaje się za krótka, a pomysłów na zajęcia nie brakuje. Kiedyś z łatwością zarywałam nocki, bo wtedy czułam się najbardziej kreatywna i pobudzona. Nie wyobrażałam sobie też siedzieć w ciszy, bez muzyki w tle, a pójście spać przed północą to była mission impossible.

Praca w lotnictwie daje popalić, dlatego siłą rzeczy nauczyłam się dobrze relaksować i wyciszać. Polubiłam ciszę i już się jej nie obawiam. Jeszcze częściej spędzam czas na łonie natury – może dlatego, że w pracy poruszam się w ciasnej przestrzeni. Już wiem, że po lotach jest czas na relaks, a nie ciężki trening. Choć dalej nie lubię drzemek w ciągu dnia, to nauczyłam się kłaść do łóżka na tyle wcześnie, by nie spać krócej niż 5 godzin.

SZYBKIE WAKACJE, czyli jak podróżować

Często słyszę pytanie: Czy jak lądujesz w innym kraju to masz czas, żeby pozwiedzać? Niestety nie, bo moja praca to latanie z punktu A do punktu B, potem znów do A, a dalej do C i z powrotem. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo to jest moja praca, a w czasie wolnym mogę korzystać ze zniżkowych biletów i latać gdzie tylko chcę. Zmieniło się moje podejście do podróżowania – nie wyczekuję jednego dłuższego urlopu w roku, tylko wylatuję co najmniej raz na miesiąc – choćby na 3-4 dni. Tyle wystarczy na szybki city break, choć często miejsce wylotu jest inne niż powrotu. Ale dzięki temu podróże smakują jeszcze lepiej, bo wiążą się z szukaniem najlepszych połączeń i atrakcji, które można zaliczyć po drodze.

Właśnie takim sposobem w zeszłym roku odwiedziłam 8 krajów, a od stycznia do teraz udało się dotrzeć do 5 państw. Z natury jestem niespokojnym duchem, a dzięki pracy w lotnictwie mogę stopniowo zaspokajać swój apetyt na odkrywanie świata. I to jest naprawdę super! 😊

NAPIĘTY GRAFIK, czyli jak organizować czas

Żeby nie przesypiać dni po ciężkim dniu w pracy, żeby w pełni korzystać z wolnych dni, żeby mieć kontrolę nad swoim czasem – właśnie dlatego potrzebny jest dobry plan! Z wyprzedzeniem wybieram, które 3 dni z rzędu będę mieć wolne w miesiącu. Jeśli się zagapię, coś ciekawego może mnie ominąć (koncert, wesele znajomych, itd.) Poza tym mój grafik co miesiąc wygląda całkiem inaczej: raz pracuję więcej, a raz mniej, raz zaczynam o świcie, a kiedy indziej po południu.

Większość moich znajomych pracuje od poniedziałku do piątku, co oznacza, że czasem trzeba się mocno nakombinować, żeby nie tracić okazji do wspólnych wyjść i spotkań. Kiedyś mogłam być bardziej spontaniczna, ale teraz skrupulatnie notuję i planuję, żeby mieć czas i na trening, i na rozwój, i dla bliskich, i tylko dla siebie. Poza tym bez planu wszystko się rozjeżdża, czas przelatuje przez palce, a na bezproduktywne zajęcia szkoda mi życia.

ZOOM OUT, czyli jak trzymać dystans i nie zwariować

Ile rzeczy może pójść nie tak w czasie jednego dnia pracy? Gdy pracowałam w biurze, mówiło się o syndromie piątku. Jeśli coś ma się sknocić, na pewno stanie się to w piątek, na godzinę przed wyjściem z pracy. A w samolocie? Nieważne jaki jest dzień tygodnia, pasażerowie pakują się na pokład razem ze swoimi licznymi tobołkami, jak i nadbagażem emocji – również tych złych:

“Dlaczego mój bagaż zabrano do luku?! To skandal!”

“Przez te wasze korki powietrzne nie zdążę na pociąg!”

“Za to opóźnienie to drinki na koszt kapitana?!”

Nie mam wpływu na strajki kontrolerów, duże natężenie ruchu lotniczego, a tym bardziej na groźne cumulonimbusy i inne anomalie pogodowe, które opóźniają nam loty. Nic nie poradzę na zły biorytm lub – nazwijmy to wprost – paskudne maniery pasażera, który kupił bilet na przelot. A skoro nic nie mogę z tym zrobić, to skupiam się na pracy i rzucam w niepamięć głupią zaczepkę, brak taktu czy kultury osobistej.

Wiecie co dobrze działa? Nazwałam tę metodę zoom out. Gdy ktoś mnie wkurzy, wyobrażam sobie, że patrzę na tę sytuację z coraz większym dystansem, jakbym oddalała obraz w telefonie. Przykładowo: widzę wnętrze samolotu i sytuację, która wywołała złość. A potem ten sam samolot z zewnątrz, jak leci w chmurach. Za chwilę wyobrażam sobie wszystkie latające w tym czasie samoloty – i ten mój – jako malutki punkcik, jak na radarze. A potem widzę już tylko białą smugę na niebie, którą za jakiś czas rozdmucha wiatr. I wracam na ziemię.

To działa! I przydaje się w życiu, ogólnie.

Na koniec chciałam się podzielić z Wami pewną anegdotą, która pomaga w dystansowaniu się od złych emocji.

Żył sobie stary samuraj, który nauczał Zen. Pewnego dnia odwiedził go wojownik, który nigdy nie przegrał żadnej walki. Chcąc pokonać samuraja, zaczął go obrażać, obsypywać obelgami i znieważać. Stary nauczyciel pozostał niewzruszony. W końcu wycieńczony wojownik poddał się i odszedł przegrany.

Uczeń samuraja spytał go:

Jak mogłeś znosić takie upokorzenia? Dlaczego nie zareagowałeś dając się poniżać?

Na co samuraj:

Jeśli ktoś daje Ci prezent, a Ty go nie chcesz, to do kogo on należy?

Do darczyńcy – odpowiedział uczeń.

Widzisz, tak samo jest ze złością i zawiścią. Jeśli nie są przyjęte, pozostają własnością osoby, która nosi je w sobie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: