Martini i łyżwy w Nowym Jorku


Jak mogłabym opisać Nowy Jork jednym słowem? Magiczny. Ale jedno słowo to za mało, by określić tę pulsującą życiem miejską tkankę. Tu chyba każdemu, kto kocha wielkie miasta, serce bije odrobinę szybciej – szczególnie, gdy ląduje się tu po raz pierwszy.

Pomyślałam, że gdybym miała rozkładać NY na czynniki pierwsze, opisując co warto w nim zobaczyć i tworząc coś na wzór mini przewodnika – to odbiorę sobie największą przyjemność pisania. Jedno z najsłynniejszych miast świata doczekało się już tylu przewodników, że intuicyjnie chyba każdy wie, czym się tu można zachwycić. Dlatego skupię się na własnych odczuciach i obserwacjach.

Mam wrażenie, że amerykańskie filmy wykreowały w naszych głowach na tyle wyrazisty obraz Nowego Jorku, że każdy uzna wiele przypadkowych miejsc za znajome, mimo że wcześniej w nich nie był. Zarys Manhattanu można namalować z pamięci, a słynne przeciwpożarowe schodki – czasem urocze, a czasem dość zwyczajne – są jedną z wielu znanych wizytówek miasta.

 

Oh, it’s such a perfect day

Dopiero w samolocie zabrałam się za czytanie książki „Z Nowym Jorkiem na NY”, polskiej autorki bloga Little Town Shoes, która w NY mieszka już 11 lat. Jeden rozdział pasował mi w niej idealnie, bo mówił o tym „jak spędzić perfekcyjny dzień w Nowym Jorku”, a wszystkie wskazówki były bliskie mojej wizji eksplorowania miasta.

Po pierwsze, nie spieszyć się, nie pstrykać tysiąca zdjęć (a na pewno nie kosztem przeżyć tu i teraz), poczuć się jak nowojorczyk, bo tu naprawdę każdy może być kim chce. Po prostu cieszyć się chwilą, iść przed siebie bez mapy, zgubić się i.. odnaleźć na nowo. Mnie się to udało i uczucie jest cudowne. Będąc w miejscu tak odległym od Polski, tak filmowym i zróżnicowanym (kulturowo, religijnie, itd.) naprawdę nabiera się przekonania, że wszystko jest możliwe, a szczęście to tylko kwestia wyboru.

 

Jeśli w czasie podróży zaliczamy wyłącznie turystyczne atrakcje, przebywamy głównie wśród turystów. A gdy porzucimy presję odhaczania „punktów programu” i pozwolimy sobie iść tam, gdzie nas nogi i wyobraźnia poniosą – mamy szansę przeżyć coś wyjątkowego i poznać prawdziwych mieszkańców i innych bohaterów miasta.

 

Gdy lądowałam na JFK miałam w głowie całą masę myśli: co mnie tu czeka, co mnie zaskoczy, czy będę chciała anulować bilet powrotny? Jednocześnie drugi głos w mojej głowie mówił: nie nastawiaj się, spokojnie, nie twórz scenariuszy, przekonaj się.

Czekając na nocne metro na Brooklyn, poznałam starszego Dominikańczyka (ponad 40% nowojorczyków pochodzi spoza USA), mieszkającego w NY od kilkudziesięciu lat. W czasie półgodzinnej rozmowy zdążyłam poznać niezły kawałek jego życia (łącznie z ciekawostką na temat najlepszego klubu go-go, w którym był przed laty). Ale dopiero, gdy na moje pytanie co najbardziej lubi w tym mieście, odpowiedział donośnie ‘Uh, I hate New York!’, poczułam, że jestem w miejscu, które budzi emocje.

 

 

Jesień w Nowym Jorku

Listopadowa pora może nie wydawać się zbyt przyjemna na odkrywanie uroków miasta, ale NY przywitał nas pełnym słońcem i cudownie jesienną aurą. W wielu miejscach wciąż tkwiły pozostałości po halloweenowych dekoracjach – a trzeba przyznać, że w tym temacie Amerykanom nie brakuje ani rozmachu, ani pomysłowości.

To czas, kiedy otwierają się liczne lodowiska, a sklepowe wystawy powoli błyszczą pierwszymi bombkami. Spełniłam swoje marzenie o łyżwach, choć wg mnie najlepsze lodowisko jest w Central Parku, a nie pod słynną choinką na Rockefeller Center, gdzie Kevin odnalazł się ze swoją mamą. W tej kwestii kieruję się zasadą: im większe, tym lepsze, a ślizganie się w otoczeniu jesiennych drzew i najdroższych nowojorskich wieżowców tworzy istny klimat “wow!”

Magiczną atmosferę świątecznej wioski stworzono też w Bryant Park, gdzie poza lodowiskiem znajdują się drewniane budki z pysznym jedzeniem, grzanym winem i kakao z marshmallows. To właśnie tam zjadłam przepyszne ruskie od Pierogi Boys, które lepił nasz rodak, a serwował Azjata. 😉

Na Manhattanie możesz wejść do jednego z 240 Starbucksów (nowojorczycy piją ogromne ilości kawy), podać wymyślone imię i czekać aż barmanka wypowie je na głos wręczając ci cappuccino. I choć ostatnią kawę piłaś 7 lat temu, to uświadamiasz sobie, że właśnie zaczęła ci smakować. Kierując się głodem i miłym przeczuciem, a nie aplikacją, przypadkiem trafiasz na najlepszą pizzę w Soho – Prince Street Pizza. Niepozorny, mały lokal skrywa ścianę zdjęć wszystkich sław, które wpadły tu na pyszne trójkąty fast-food’u. Ponoć nowojorska pizza swój smak zawdzięcza wodzie, która w NY jest wysokiej jakości.

Odkrywanie NY jesienną porą ma wiele plusów:

  • przylatując tu 1 listopada poczujesz wyjątkowy klimat Halloween,
  • Central Park aż mieni się od kolorów,
  • na ulicach nie ma masy turystów,
  • ceny lotów są trochę niższe,
  • można trafić, tak jak my, na Maraton Nowojorski, który jest tu wielkim świętem niemal całego miasta,
  • jeśli ktoś lubi zakupy – można się załapać na szaleństwo Black Friday,
  • idealna pora dla miłośników zdjęć,
  • lodowiska są otwarte od końca października,
  • warto wziąć udział w hucznej i kolorowej paradzie Macy Thanksgiving Day Parade.

 

Małe zaskoczenia

Niektóre z kultowych miejsc (np. Times Square, 5th Avenue czy Empire State Building) zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie, choć warto było je zobaczyć na żywo. Z kolei widok z One World Trade Center zostaje w pamięci równie długo, co wizyta w Muzeum 9/11 – tyle tylko, że w pierwszym zachwyca piękno betonowej dżungli, a w drugim porusza estetyczny minimalizm, z jakim upamiętniono wydarzenia z 2001 roku. I tu, i tu można poczuć łzę pod powieką i całkiem skrajne emocje. W moim osobistym rankingu symboli NY wygrywa jednak romantyczny i okazały Brooklyn Bridge.

Nie wiem co sobie myślałam (to chyba znów wpływ produkcji w stylu „Seks w wielkim mieście”), tworząc w głowie wizje nowojorskich ulic pełnych stylowo ubranych ludzi. Po drugim pobycie w Stanach już na pewno mogę stwierdzić, że wielu z nas ma zaburzony obraz Ameryki – głównie za sprawą filmów, seriali i ogólnie całej popkultury. Obraz amerykańskiego stylu bliższy jest raczej zdjęciom paparazzi, na których przyłapano aktorkę w wyciągniętej bluzie niż filmowym kadrom z Carrie Bradshaw.

 

Podróżując po Stanach, a szczególnie obserwując tzw. „prawdziwe amerykańskie życie”, powiedziałabym raczej, że Amerykanie stawiają w ubiorze przede wszystkim na wygodę. Nie ma tu strojenia się, ciuchy są głównie sportowe: polar, adidasy, legginsy dla pań i dresy dla panów (gdy mowa o jesieni). Łatwo by ten styl nazwać niedbałym, jako że wielu Amerykanów wychodzi z domu tak jak stoją, często w stroju niepasującym do pogody, np. w japonkach na śnieg czy w piżamie do sklepu. Może to dziwić, gdyby nie fakt, że tutaj wszędzie się dojeżdża autem ze względu na ogromne odległości – nie ma więc potrzeby chodzenia pieszo i specjalnego ubierania się w tym celu. Inna sprawa, że Amerykanie poważnie traktują równość, a wygląd nie świadczy o tym, jakim jesteś człowiekiem. To akurat bardzo fajny aspekt.

 

W miejskiej dżungli

Mam takie dwa połączenia, które zawsze chwytają mnie za serce: 1. Góry i woda. 2. Nowoczesne budynki i woda. Drapacze chmur mają w sobie coś monumentalnego, a woda dodaje im lekkości i tworzy cudowne połączenie cudu techniki z naturą. W Wielkim Jabłku bliskość oceanu i słynnej z brawurowego lądowania rzeki Hudson, daje jeszcze więcej możliwości spędzania czasu (nowojorskie plaże, prom na Staten Island, NY water taxi, itd.). Nie udało mi się tym razem dotrzeć na Coney Island, ale to tylko jeden z wielu powodów, dla których chcę tam wrócić.

W czasie kilkudniowego pobytu w NY, można prawie wcale nie korzystać z metra. Nawet jesienną porą, gdy dni są krótsze, można porządnie zdeptać nowojorskie ulice, pokonując dziennie półmaratoński dystans. A gdy ma się już dość, warto skoczyć na jednego z drinków wymyślonych właśnie w tym mieście: Cosmopolitan, Manhattan czy Bloody Mary. Z NY kojarzy się też Martini, choć wersja, w jakiej piłam je w jednym z pubów była tak mocna, że barman musiał podać nam na zapitkę mocno słodzoną wodę, żebyśmy mogły wyjść stamtąd o własnych siłach.

Każda dzielnica NY skrywa trochę inny świat i ujawnia różnorodność kultur, które bez problemu funkcjonują koło siebie. Jest tu masa milionerów, ale nie brakuje też bezdomnych, którym nie ziścił się amerykański sen. W tym chaosie jest jakiś urok i chyba właśnie on przyciąga tu najbardziej. Stąd się nie da wyjechać bez uczucia niedosytu.

 

Mimo, że w Nowym Jorku można przeżyć genialną przygodę i zaskoczyć się czymś na różne sposoby: widokiem z wysokości, panoramą miasta, smakiem pizzy, ceną drinka (zdecydowanie łatwo tu popłynąć finansowo), ekspresyjnością ludźmi i architekturą, to mam wrażenie, że chcąc mieć pełen obraz USA, trzeba wybrać się też dalej i odkryć różnorodność poszczególnych stanów. Dla mnie Nowy Jork jest pewnym zjawiskiem, z kolei ta druga odsłona Ameryki to cudowna natura, parki narodowe, ogromne przestrzenie, ciągnące się bezdroża, slow life i otwartość ludzi. Ale to już temat na całkiem inną historię.

 

 

*Za wspaniałą podróż dziękuję mojej kochanej Towarzyszce – Siostrze 

4 thoughts on “Martini i łyżwy w Nowym Jorku

  1. Adele pisze:

    Super 🙂 co polecisz do jedzenia? Jakieś klimatyczne knajpki, o których nie znajdzie się nic na pierwszych stronach przewodników? Ile trzeba odłożyć na takie kilka dni w NYC?

    1. ohmydag pisze:

      Co do finansów, to kwestia bardzo indywidualna, zależy jak się lubi spędzać czas. Zjeść niedrogo można w food truckach (np. słynne nowojorskie hot dogi i bajgle). Kawałek pizzy na wynos też nie zrujnuje żadnej kieszeni (kosztuje kilka dolarów), a najeść się można, bo w Ameryce wszystko jest w wersji BIG. Jeśli chce się wejść do muzeum lub wjechać na jakiś sky scarper to trzeba liczyć 20-30$ za osobę, ale nie warto tu oszczędzać, bo w końcu One World Observatory czy Muzeum 9/11 to miejsca unikatowe na skalę świata. 🙂 Można zaoszczędzić na transporcie, bo naprawdę dużo można zobaczyć pieszo, a jeśli już to polecam wybrać nielimitowaną kartę tygodniową za 32$. Pojedynczy przejazd metrem kosztuje niecałe 3$.

      Bardzo polecam również dwa miejsca:
      Bar/pub McSorley’s Old Ale House – mega klimat!
      The Back Room (na 102 Norfolk Street) – speakeasy bar, jeden z oryginalnych barów z czasów prohibicji w Stanach, czasem jest muzyka na żywo, a drinki podaje się tu w filiżankach 🙂

  2. Anne pisze:

    Polecisz jakies dobre jedzenie? Bardzo ciekawie sie czyta, zycze kolejnych super wyjazdow 🙂

    1. ohmydag pisze:

      Polecam spróbować nowojorskiego hot doga z food trucka, których nie brakuje (np. wokół Central Parku), bajgla, pizzę z polecanej już Prince St. Pizza na Soho. Słynne ostrygi można zjeść w nieco ukrytej restauracji Oyster Bar w podziemiach Dworca Centralnego. Dobrego jedzenia warto szukać w dzielnicach Little Italy i Chinatown. Legendarne nowojorskie pizzerie to m.in. Grimaldi’s i Juliana’s. Polecam również food court’y np. Chelsea Market na 75 Ninth Avenue. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: