Oscar. Delta. Lima. Oscar. Tango.


Podobno, gdy wychodzisz z domu i na wszelki wypadek zabierasz ze sobą paszport, to wygrałeś życie. 

Odloty, przyloty, ucieczki, powroty. Świat ma tylko cztery strony, a tablice lotów błyszczą jak choinka setką destynacji.

Lotnisko to miejsce tymczasowe, pełne hałasu, gonitwy, nudnych komunikatów i jaskrawego światła. Drugi dom pilotów, stewardes i stewardów. Dla niektórych najbardziej stresujące miejsce publiczne.

Wielkie lotniska mają w sobie coś z targowiska, gdzie walutą jest podróż, a ceną dyskomfort bycia w drodze, z dala od wygód. Tu każdy komuś zachodzi drogę lub przejeżdża walizką po butach. W głośnikach non stop powtarzalne komunikaty: ostatnie wezwania dla tych, którzy przysnęli z nogami na walizce lub utknęli w kolejce po pamiątki.

W perfumeriach duty free pryskasz się za friko, bo zapachową mgiełką chcesz zatuszować godziny w podróży. Tu znudzony czekasz na spóźniony samolot, aż w końcu tracisz rachubę czasu i wbiegasz na pokład tuż przed zamknięciem bramki. Uff!

Na lotnisku jesteś tak samo anonimowy, co poddany setkom spojrzeń i starannie prześwietlony.

Tutaj każdy jest trochę podejrzany i trochę podejrzliwy.

Tu czujesz się jak w centrum świata, gdy odrzutowce pełne ludzi startują w niebo co kilka minut.

Mimo licznych znaków, tablic i komunikatów, błądzisz po korytarzach jak w labiryncie.

W lotniskowych barach mieszają się języki, nacje, gin z tonikiem na odwagę.

Są porty lotnicze wielkie jak miasta: z siecią dróg, gąszczem terminali połączonych kolejką. Nowoczesne lotniska w końcu stają się przytulne. Singapurskie Changi wyłożone jest dywanami, tu można pójść na basen, do kina i motylarni, a nawet spacerować po ogrodzie kaktusów.

W rankingu najlepszych lotnisk dla spotterów wciąż króluje Princess Juliana na wyspie St Marteen. To tutaj lądujące 20 metrów nad plażą samoloty zdmuchują z głów letnie czapki lub… lekkomyślnych obserwatorów.

Są też lądowiska o zagadkowej, mrocznej historii, jak to w Denver, w Colorado. Na ścianach lotniska znajdują się tajemnicze malowidła, a na zewnątrz stoi rzeźba upiornego konia o świecących na czerwono oczach. Zwolennicy teorii spiskowych nazywają go Jeźdźcem Apokalipsy.

Ja lotniska najbardziej lubię nocą, gdy pasy startowe błyszczą od białych, zielonych i czerwonych światełek, a lądujące samoloty są widoczne dopiero tuż nad ziemią.

Na lotnisku czas płynie jakoś inaczej. Gdzieś jest noc, gdzieś już świta. Jet lag mąci Ci w głowie i trudno złapać punkt odniesienia. Landed. Delayed. Cancelled. Patrzysz na paszporty i tagi bagażowe, zgadujesz kto jest skąd i dokąd leci. Obserwujesz zmęczone i podekscytowane twarze. Padnięty po nocy na lotnisku, zasypiasz w samolocie jeszcze przed startem. Teraz już naprawdę bujasz w obłokach, dopóki podwozie nie walnie z impetem o pas. Już. Jesteś w domu. Ten dom może być wszędzie, gdzie Ci dobrze.

A gdybyś miał wybrać jeden jedyny lot, którym zabierzesz się gdziekolwiek chcesz, to jakie trzy literki będą na bilecie?

2 thoughts on “Oscar. Delta. Lima. Oscar. Tango.

  1. Karkar pisze:

    LAX 🙂 moj wymarzony cel na wakacje. Może uda sie zrealizowac niedługo 🙂

    1. ohmydag pisze:

      Jestem pewna, że tak! Trzymam kciuki! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: